Czarno-czerwone opaski na powstańczych barykadach. Kim byli warszawscy anarchosyndykaliści?

Powstanie Warszawskie kojarzy się nam dziś głównie z biało-czerwonymi opaskami, rygorem Armii Krajowej i walką o powrót przedwojennego porządku. Mało kto jednak wie, że na barykadach Starówki i Śródmieścia walczyli ludzie, którzy nad polskim orłem przypinali czarno-czerwone rozetki, a zamiast powrotu dawnego rządu żądali oddania fabryk w ręce robotników. Warszawscy anarchosyndykaliści i wolnościowcy zbrojnie udowodnili, że miłość do wolności nie miała wówczas jednego koloru. Oto historia zapomnianych bohaterów 1944 roku, którzy rzucili wyzwanie dwóm totalitaryzmom, walcząc o Polskę bez panów, władców i dyktatorów.

Czarno-czerwony świt na Starówce

Gdy 1 sierpnia 1944 roku wybucha powstanie, do walki ruszają nie tylko oddziały podległe rządowi w Londynie. W strukturach konspiracyjnych od lat działają radykalni wolnościowcy z przedwojennej Anarchistycznej Federacji Polski (AFP) oraz Związku Syndykalistów Polskich (ZSP). Ich cel? Pokonać Niemców, ale nie po to, by przywrócić dawną, przedwrześniową Polskę. Chcą rewolucji społecznej, samorządów pracowniczych i oddolnej demokracji. Najważniejszą siłą bojową syndykalistów staje się 104. Kompania ZSP, sformowana na Starym Mieście. To nie był zwykły oddział. Żołnierze zamiast regulaminowych białoczerwonych barw noszą na rękawach czarno-czerwone opaski – tradycyjny symbol międzynarodowego ruchu anarchosyndykalistycznego. Kompania szybko zyskuje sławę jednej z najwaleczniejszych formacji na Starówce. To oni zdobywają Pałac Krasińskich, a potem przez długie dni krwawo bronią strategicznego gmachu Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych (PWPW). Walczą z fanatyczną odwagą, płacąc za to straszliwą cenę – w toku walk oddział traci ponad połowę swojego stanu osobowego.

Wojna o opaski, czyli konflikt z dowództwem AK

Niezależność syndykalistów szybko zaczyna kłuć w oczy powstańczą żandarmerię AK. Dla wychowanych w wojskowym drylu oficerów, widok uzbrojonych oddziałów z czarno-czerwonymi barwami, które otwarcie mówią o rewolucji i zniesieniu klas społecznych, jest nie do zaakceptowania. Dochodzi do ostrych sporów. Żandarmeria AK żąda kategorycznego zdjęcia czarno-czerwonych opasek i zmiany nazwy oddziału na standardowo-wojskową. Wolnościowcy stawiają jednak twardy opór. Świadomi swojej siły i faktu, że są niezbędni na pierwszej linii frontu, odmawiają wykonania rozkazu. Ostatecznie, dzięki autorytetowi bojowemu, syndykaliści wygrywają ten symboliczny proces – czarno-czerwone barwy zostają na rękawach do ostatniego dnia walk na Starówce.

Śródmieście: Brygada Syndykalistyczna

Podczas gdy Starówka krwawi, w Śródmieściu formuje się kolejna jednostka – Brygada Syndykalistyczna. Jej dowódcą zostaje por. Edward Wołonciej ps. „Czemier”, przedwojenny działacz syndykalistyczny. W jej szeregi wstępują starzy anarchiści, tacy jak Władysław Głuchowski, którzy pamiętają jeszcze przedwojenne walki robotnicze. Brygada formalnie i operacyjnie sprzymierza się z Polską Armią Ludową (PAL), ale zachowuje kompletną autonomię ideową. Dla nich karabin to narzędzie obrony wolności, a nie ślepego wykonywania rozkazów płynących odgórnie z politycznych gabinetów. Ich obecność w Śródmieściu oraz na Powiślu daje schronienie i przestrzeń dla każdego, dla kogo wolność osobista i społeczna były wartościami najwyższymi.

Powstanie to nie tylko karabiny. Anarchizm w praktyce

Dla warszawskich anarchosyndykalistów walka z Niemcami była tylko połową sukcesu. Drugą, równie ważną misją, było codzienne budowanie nowego społeczeństwa – nawet pod gradem bomb. Tam, gdzie państwo przestało istnieć, syndykaliści wprowadzali w życie swoje idee samopomocy i solidarności lokatorskiej. W huku wystrzałów wydają regularne pismo „Syndykalista”, w którym analizują sytuację geopolityczną i kreślą plany wolnej, bezklasowej Polski po wojnie. Organizują życie codzienne cywilów w kamienicach, pomagając im przetrwać w ekstremalnych warunkach. Syndykaliści dzielą się żywnością, organizują darmowe jadłodajnie dla najuboższych mieszkańców zrujnowanej stolicy oraz otwierają autonomiczne punkty pomocy medycznej. Pokazali, że anarchizm to nie chaos, ale doskonała, oddolna organizacja oparta na empatii i wzajemnej pomocy.

Zapomniani przez historię

Po 63 dniach heroicznego oporu Warszawa kapituluje. Ocalali syndykaliści dzielą los reszty powstańców – trafiają do niemieckich stalagów lub wtapiają się w tłum wypędzanej ludności cywilnej. Po 1945 roku, w nowej, komunistycznej rzeczywistości PRL-u, pamięć o nich miała zostać całkowicie wymazana. Dla komunistów wolnościowi syndykaliści byli śmiertelnym zagrożeniem ideologicznym – pokazywali bowiem, że można być radykalnym lewicowcem, a jednocześnie nienawidzić sowieckiego totalitaryzmu i państwowej dyktatury. Przez dekady cenzura dbała o to, by czarno-czerwony epizod Powstania Warszawskiego nigdy nie ujrzał światła dziennego. Dziś, po latach milczenia, historia ta wraca na swoje miejsce. Warszawscy anarchosyndykaliści udowodnili, że w godzinie próby potrafili połączyć bezkompromisową walkę z najeźdźcą z obroną ludzkiej godności, wolności i robotniczej solidarności. Ich czarno-czerwone opaski na trwałe wpisały się w heroiczną historię Warszawy.